Czasy mamy jakie mamy, i innych nie dostaniemy. Wszechobecne zamieszki, bojówki, skandale i przerazy. W dodatku szalejąca wkoło recesja, kryzysy finansowe, bankowe i insze. I jak tu w chwilach zmartwień wspartych obawami nie sięgnąć po ulubionego pocieszyciela miliardów? Z wielką przykrością (przesyconą zarazem znaczną dawką dumy!) muszę stwierdzić, iż z owym pocieszycielem miałem podczas swego wcale nie tak długiego żywota, troszkę do czynienia. Alkohol, bo o nim oczywiście mowa, w wielu formach, postaciach, konsystencjach jest częścią naszego codziennego życia. W wielu przypadkach bardzo istotnym elementem, w mniejszym gronie kluczowym. Zazwyczaj jednak miłym dodatkiem do szarości dnia powszedniego. Tak czy siak, zażywając kolejnych promili, nie ważne w jakim to było towarzystwie, jakiej lokalizacji czy postaci często spotykałem się z pewnym zjawiskiem. Choć stwierdzenie, iż ‘często’ to jednak pewne niedomówienie. Niemal za każdym razem spotykałem się z tym zjawiskiem, a polega ono na… Hmm… może lepiej opiszę to na przykładzie.
Nie marnuj gnido!
Ot wyobraźcie sobie sytuację; pijecie z grupką jakichś tam bliżej niezdefiniowanych znajomych. Wkoło plener, słoneczko świeci. Wlewacie w siebie kolejne zawartości plastikowych kubeczków (kto w spontaniczny plener zabiera kieliszki?!). W pewnym momencie czujecie, iż kolejna dwuseteczka może skończyć się kolorowo, więc dyskretnie przechylacie kubek a przeźroczysta toń wylewa się na trawę.* I co? Znajomi to zauważyli, wkoło zapanowała nerwowa atmosfera. Co ty robisz? Wódki się nie wylewa! Skandal! Lecą w Ciebie kolejne krzyki zrozpaczonych wódkowiczów. I tutaj dochodzimy do sedna. Otóż wokół alkoholi (zwłaszcza wódeczki oraz piwka – taniego wina rzadziej) został ustanowiony pewien statut jakby bóstwa. Szanuj i nie marnuj bo to grzech! Ludzie, zwłaszcza młodzi podchodzą do tego tematu nadzwyczaj poważnie, co nie raz mnie zadziwiało. Oczywiście nie chcę w tym momencie dojść do stwierdzenia, iż marnotrawienie napojów wyskokowych to cnota, do której powinniśmy dążyć przez czas swej egzystencji na tym padole. Co to, to nie. Aczkolwiek nikt nie powinien zapominać, iż alkohole w każdej formie kupujemy dla siebie. I spożywamy je dla poprawienia humoru, rozluźnienia nie z obowiązku. Więc czemu też gdy nadchodzi ‘ta chwila’, gdy kolejny łyk może nam samopoczucie dosłownie zjebać, nie mielibyśmy zmarnować paru kropel dla utrzymania czy nawet poprawienia owego? To my władamy alkoholem a nie on nami, jest on tworzony dla nas, jest jedynie kolejnym wytworem przemysłu spożywczego (?). A szacunek który prezentujemy w czasie poszkodowania za marnotrawienie nie powinien być skierowany w sam trunek, a pieniądze które na niego roztrwoniliśmy. I to chyba by było na tyle. Kończąc powiem tyle, jak będę mieć ochotę wylać piwo czy inny alkohol to go wyleję, bo tak! Co prawda potem będę żałować, rozpaczać, szukać dolewki, ale ta świadomość przewagi rozsądku nad pragnieniem (pożądaniem?), mniam!
*Przykład bardzo podstawowy, wiem że zawsze można komuś przekazać! Ale jeśli nie ?
Z przyczyn natury czysto technicznej, jestem niestety zmuszony zmienić plan recenzji. Wcześniej zapowiadałem jeszcze trzy kolejne wpisy traktujące szeroko o różnych aspektach zabawki od Apple. Niestety jednak całą treść planowanych postów jestem zmuszony zmieścić w tym, jednym artykule, co za tym idzie również dosyć solidnie ograniczyć zawartość jak i dokładność. Ot takie życie…
Jak to wygląda? – Czyli budowa iPhone:
Jabłuszkowy gigant z Krzemowej Doliny od wielu lat słynie za oryginalne oraz bardzo stylowe wykonanie swoich produktów. Co istotne, wykonanie to jest zazwyczaj również bardzo solidne oraz precyzyjne, nie pozostawiając praktycznie żadnego pola do popisu ciągle narzekającym osobnikom. Z iPhone-m 3G wcale sprawa nie ma się inaczej. Cały panel przedni telefonu jest pokryty szybką krzemową teoretycznie niemożliwą do porysowania – przynajmniej bez wyraźnego postarania się. I muszę przyznać, po kilku miesiącach noszenia zabawki w kieszeni, szybka nie nosi na sobie ani jednego zadraśnięcia. Jedynym punktem gdzie szybka nie dociera, jest guzik (jeden z przodu!) w kształcie oczka na dole telefonu, zwany „Home”.
Tył aparatu pokrywa tafla odblaskowego plastiku. Plastik ten jest bardzo twardy, nie ugina się, nie skrzypi. Za to bardzo łatwo rysuje, i nawet pokrowiec nie jest w stanie go uchronić od uszkodzeń. Na tymże plastiku widnieje srebrny obrazek nagryzionego jabłuszka (również bardzo rysujący się), kilka napisów u dołu oraz malutkie oczko od aparatu. Brzegi telefonu (z przodu) pokrywa metalowa obwódka, nadająca telefonowi charakteru. Lewy bok to przełącznik wyciszający telefon oraz podwójny przycisk od głośności. Prawy bok jest gładki, górę zdobi włącznik oraz gniazdo 3.5mm Jack, dół natomiast gniazdo dokujące, głośniczek, mikrofonik oraz dwie śrubeczki. Wszystkie przyciski (prócz przedniego) zrobione są z połyskliwego metalu, jak obwódka. Całość wykonana jest z nadzwyczajną dbałością o szczegóły i prezentuje się po prostu pięknie. Jest to z całą pewnością jedno z najładniejszych i najbardziej eleganckich urządzeń przenośnych, jednak bardzo widać na nim wszelkie zabrudzenia. Kończąc z tym tematem wspomnę, iż iPhone nie daje się normalnie rozebrać na części, co za tym idzie choćby tak prosta operacja jak wymiany baterii, musi być przeprowadzana w serwisie by nie utracić gwarancji.
Co za bebechy? – Czyli technikalia:
Na samym początku warto zauważyć, iż pierwszy iPhone wyszedł w roku 2007 a edycja 3G jest jedynie odświeżeniem tamtego modelu. Co za tym idzie, posiada praktycznie te same wnętrzności, które na dzisiejsze standardy już nie szokują.
Sercem telefonu jest procesor ARM 1176 natywnie taktowany na 624MHz, jednak w iPhonie taktowanie jest z pewnych przyczyn obniżone do 412MHz. Procesor jest wsparty przez układ graficzny PowerVR MBX 3D oraz wykorzystać może do 128MB pamięci operacyjnej. Telefon posiada oczywiście wszystkie podzespoły związane z telefonią komórkową drugiej i trzeciej generacji, jak i również HSDPA 3,6MB/s (mimo, iż chip umieszczony w telefonie wspiera prędkości nawet do 7,2Mb/s). Do komunikacji bezprzewodowej posiada wbudowane Wi-Fi oraz Bluetooth, jednak nie ma możliwości synchronizacji z innymi urządzeniami przenośnymi. Wi-Fi służy do korzystania z hotspotów dla internetu, bluetooth jedynie do komunikacji ze słuchawkami.
Najważniejszym elementem telefonu jest z całą pewnością trzy i pół calowy ekranik – ten wykonany w technologii LCD wyświetla obraz o rozdzielczości 320×480 pix oraz z szesnasto milionową paletą barw. Jest to ekranik oczywiście dotykowy, aczkolwiek w przeciwieństwie do konkurencji, których „dotykowce” działają na zasadzie nacisku, wyświetlacz w iPhonie wykrywa kontakt poprzez ciepło. Co za tym idzie, jest znacznie bardziej czuły oraz mógł zostać skryty za szybką ochronną. Warto zauważyć, iż telefon obsługuje technologię Multi-Touch, jako jedyny od już prawie dwóch lat.
Oczywiście w telefonie nie mogło zabraknąć wielu innych gadżetów obowiązkowych w dzisiejszych słuchawkach, mamy więc nadajnik/odbiornik GPS, aparat fotograficzny (2Mpix, bez lampy błyskowej, stabilizacji obrazu ani regulacji ostrości), czujniki z przodu (oświetlenia, bliskości), akcelerometr, wbudowaną pamięć (8 lub 16 GB) oraz kilka jeszcze innych. Dziwi troszkę brak przedniej kamery do wideo rozmów. (w końcu to telefon trzeciej generacji)
Podsumowując, może i bebechy „przetwarzające” nie zachwycają w dzisiejszych czasach, jednak wiele aplikacji ukazuje, iż dziecko firmy z Cupertino posiada dosyć znaczną moc – zwłaszcza przy generowaniu grafiki trójwymiarowej. Dodatkowo bardzo solidny iPhoneOS śmiga na tej specyfikacji aż miło. Jeżeli chodzi o podzespoły, pod względem ‘telefonowatości’ to zabawka nie zawodzi, jej ekranik wyświetla jeden z najładniejszych przenośnych obrazów aktualnie, ogólne możliwości nastrajają pozytywnie i tylko brak synchronizacji przez BT czy Wi-Fi zakrawa o skandal.
Na czym to? – Czyli OS:
Firma Steve’a Jobsa oparła nową zabawkę o swego rodzaju pochodną MacOS-a, nazywając ją iPhoneOS (jak oryginalnie). System ten okazał się nadzwyczaj wygodny w użytkowaniu (skromnym zdaniem autora – najwygodniejszy w obsłudze smartfon), nadzwyczaj cukierkowy (wygląda ślicznie) ale i bardzo stabilny oraz szybki. Co prawda przeszedł już wiele aktualizacji by uzyskać obecny stan, co nie zmienia faktu, że obecnie jest naprawdę świetny. Niestety jednak, standardowo (z pudełka) nie posiada za wiele opcji. Jego menusy składają się z 18 aplikacji których graficzne przedstawienie widzicie poniżej…
Idąc po kolei (od lewej do prawej) z opisami, mamy tutaj aplikację do telefonanowania (z którą połączona jest książka z kontaktami, historia połączeń oraz klient poczty głosowej), SMSowania(bardzo uboga aplikacja bez wielu opcji jak raporty ale co najważniejsze bez poziomej klawiatury), mailowania (sympatyczny klient maila który mnie osobiście nigdy nie zawiódł), przeglądania internetu (wersja mobilna przeglądarki Safari, bardzo szybka, świetnie wyświetla pełne strony, ale nie supportuje flasha), zmieniania ustawień telefonu, oglądania zdjęć (przez iTunes można tworzyć galerie), robienia zdjęć (tutaj możemy tylko robić zdjęcia, nie ma zooma ani absolutnie żadnych ustawień, tylko przejście do galerii), oglądania filmików z YouTube (wygodny klient z wyszukiwaniem, ulubionymi, popularnymi ale bez możliwości zalogowania), przeglądania giełdy (szczerze nigdy nie użyłem), sprawdzania pogody (zacna i w sumie dokładna prognoza, choć nie znajduje mniejszych miejscowości), robienia notatek (proste i przyjemne notatki, jednak też bez klawiatury w trybie landscape), obliczania (znaczy kalkulator z dwoma trybami, poziomym zaawansowanym i pionowym prostym), przeglądania map (GoogleMaps w bardzo fajnym wykonaniu, dodatkowo współpracujące z wbudowanym GPSem). Jest oczywiście również kalendarz (przyjemny i intuicyjny), aplikacja zegarowa (czasy na świecie, budzik, stoper, minutnik), iTunes (ściąganie muzyki ze sklepu Apple) oraz dwie najważniejsze, znaczy iPod oraz App Store. Pierwsza to oczywiście (cytuję Steve’a Jobsa) „Najlepszy iPod jaki wykonało Apple”, czyli przenośny odtwarzacz multimediów w telefonie, druga to sklep (choć i wybierak, ponieważ spora część asortymentu jest darmowa) z aplikacjami poszerzającymi możliwości Ajfona o wiele ważnych rzeczy jak odczytywanie dokumentów tekstowych, dyktafon, radio internetowe, gry itd. Ogólnie rzecz biorąc, App Store oferuje już ponad trzydzieści tysięcy aplikacji.
Tutaj widzimy, iż pod wieloma względami oprogramowanie iPhone-a jednak zawodzi, prezentując bardzo mało opcji oraz sporo okrojonych aplikacji. Z drugiej strony wiele aplikacji dostępnych od początku jest wykonana wzorowo, a wiele zastępczych oraz rozbudowywujących możliwości możemy ściągnąć z internetowego sklepu Apple (czyli norma z smartfonami). Ale jednak pewien zawód na początku jest.
To wszystko? – Czyli Jailbreake:
Jest to dosyć prosta operacja łamania oprogramowania iPhone-a by ten pozwalał instalować na sobie oprogramowanie nieautoryzowane. Ogólnie wiąże się z utratą gwarancji. W praktyce udoskonala nasz telefon o szereg niezbędnych opcji za pomocą aplikacji, wtyczek czy hacków. Dzieki Jailbreakowi możemy przez Cydię (czy Installera) zainstalować aplikacje do kopiuj&wklej, wysyłania MMSów, kręcenia filmików wideo, używania map Google w trybie offline. Znajdziemy tutaj bardziej rozbudowane aplikacje do wysyłania SMSów(tryb landscape!), synchronizowania przez Bluetooth, zmieniania wyglądu telefonu etc.
Zabieg jailbreake-u zupełnie odmienia naszą zabawkę, dając jej praktycznie nieograniczone możliwości, i czyniąc z niej prawdziwego smartfona.
A co z nim? – Czyli dodatki:
Kupując iPhone-a nie otrzymujemy oczywiście jedynie gołego urządzenia. Całość zapakowana jest chyba w najfajniejszym pudełku jakie widziałem w życiu, co istotne jest bardzo kompaktowych rozmiarów oraz z ‘odzyskanych’ materiałów – trzeba być pro eko! W środku prócz zabawki znajdujemy również całkiem znośnie wykonany zestaw słuchawkowy (nawet dobrze gra, choć prawdziwi melomani raczej wyśmieją te pierdziawki), kabel USB służący zarazem jako kabel od ładowarki, no i dwuczęściową ładowarkę (zasilacz oraz dołączana końcówka ‘wtyczkowa’ do gniazdka). Prócz tego otrzymujemy również krótką niby instrukcję, kilka ulotek, ściereczkę oraz dwie naklejki jabłuszka. Nie powiem żeby było jakoś grubo, Apple widocznie postanowiło dostarczyć klientom jedynie całkowite podstawy. W końcu resztę możemy sobie dokupić, no nie? Zawodzi niezmiernie brak docka, który występował w zestawach pierwszej generacji telefonu z Cupertino…
Co będzie? – Czyli krótko o przyszłości:
Prawdopodobnie w wakacje zadebiutuje nowa wersja oprogramowania do iPhone – znaczy iPhoneOS 3.0. W tej wersji oprogramowania, Apple usuwa wiele niedoróbek swojej zabawki, dodaje możliwość wysyłania/odbierania MMSów, synchronizowania przez bluetooth, kopiowania oraz wklejania globalnie. Wprowadza również wszędzie poziomą klawiaturę, dyktafon, usługę push notice oraz wiele, wiele innych. Oprogramowanie to zwiastuje lepszą erę dla użytkowników zabawki jabłuszka, którzy nie zdecydowali się na zabieg Jailbreaku.
Więc co? – Czyli resumujemy:
Recenzja ta nie okazała się tym, czym być miała. Z planowanej, szerokiej rozprawki na temat dotykowca Apple wyszła ledwie szybka charakterystyka z kilkoma opiniami. Jednak myślę, iż wykonana jest dosyć sumiennie oraz przedstawia czym opisywany sprzęt jest. A czym jest? Bardzo fajnym oraz nadzwyczajnie wygodnym w użytkowaniu urządzeniem, wielofunkcyjnym, z solidnym oraz pięknym wykonaniem. Niestety brakuje mu wielu opcji, acz temu można zaradzić (Jailbreake), a wkrótce i producent podejmie próbę poprawienia sytuacji (iPhoneOS 3.0). iPhone bez wątpienia stał się jedną z najmodniejszych zabawek ostatnich lat. To jeden z najbardziej pożądanych telefonów ale zarazem jedno z najbardziej przehypeowanych urządzeń 21-go wieku. Co jednak nie zmienia faktu, iż to kapitalna zabawka, którą polecam każdemu, jeżeli go na nią stać.
Pozdrawiam!
Zacznijmy troszkę nietypowo. Ot wstęp do nowej serii wpisów o jednolitej tematyce zacznę od… wstępu. Ale nie byle jakiego wstępu do wstępu, co to, to nie! Będzie to wstęp całkiem niezwiązany z tematyką serii oraz wstępem widniejącym poniżej. Po cóż taka praktyka? Wyjaśnienie jest śmiesznie proste, chciałem w tym miejscu pożalić się nad zaniedbywaniem swojego bloga przez długi czas. Błagać o wybaczenie, za porzucenie jakiejkolwiek aktualizacji jego bazy tekstów jak i o nie wywiązanie się z postanowienia w wpisie poprzednim. Chciałem również pochwalić się nowym skinem bloga wraz z nowym rozkładem tzw. „widżetów” i innych bajerów. Ostatecznie chciałem również zapowiedzieć (jak zawsze) troszkę większą aktywność, a zwłaszcza po sezonie maturalnym. Ale szkoda mi było na taki ‘spamowy syf’ tworzyć cały nowy post. Tak więc skoro już wyjaśniłem po co ta praktyka, przejdźmy w końcu do niej… o, już nie trzeba. No to lećmy z właściwym materiałem.
Może najpierw malutkie wyznanie. Tak się składa iż zawsze (naprawdę zawsze!) lubiłem w artykułach wstępy, składające się choć w drobnym procencie z historii. Przecież nie można tylko nawijać o sprawach aktualnych, dzieje przeszłe mają równie duże znaczenie! I pewnie dlatego też, ten wstępik rozpocznę od kilku linijek rozpływania się nad dawnością…
Hurra, krótka historyjka!
Za co znamy i kochamy amerykańskiego giganta z Cupertino (stan Kalifornia, gdyby ktoś nie wiedział), kryjącego się pod logiem nagryzionego jabłuszka? Tak, mowa oczywiście o założonej 1 kwietnia 1976 roku przez Steve’a Jobsa, Steve’a Wozniaka i Ronalda Wayne’a, korporacji Apple Inc. Cóż, odpowiedź jest prosta – za innowacje! W końcu to ludzie z jabłuszka odpowiadają za takie wynalazki jak choćby jeden z pierwszych komputerów osobistych (Apple I z 1976roku), jeden z pierwszych komputerów osobistych z Graficznym Interfejsem Użytkownika (i pierwszy używający myszki jako kontrolera kursora! – Lisa z 1983) oraz pierwszy masowo sprzedawany (i dostępny dla praktycznie każdego) komputer z interfejsem graficznym – czyli Macintosh z 1984 roku. Ale przecież na komputerach stacjonarnych Apple się nie kończy. Firma ta odpowiada również za bardzo dobre laptopy (Macbooki), oraz bardzo lubiany (zwłaszcza w sferach ‘artystycznych’) system MacOSX. A schodząc z tematyki komputerowej – Apple odpowiada również za najpopularniejszą na świecie serię przenośnych odtwarzaczy muzyki.
No właśnie, był to rok 2001 gdy jabłuszko zaprezentowało szerokiemu gronu zainteresowanych swoje nowe dziecko, tak zwanego iPod-a. Czym był? Ot prawdopodobnie najlepiej wykonanym oraz najwygodniejszym w użytkowaniu, przenośnym odtwarzaczem muzyki owego czasu. Dodatkowo ubranym w stylowe szaty oraz promowanym przez nikogo innego, a Steve’a Jobsa – jednego z najbardziej charyzmatycznych ludzi branży elektronicznej. Cóż, sukces był nieunikniony. Ale kto by się spodziewał, iż na przestrzeni kilku następnych lat, produkty Apple staną się jednymi z najmodniejszych oraz najbardziej pożądanych urządzeń świata? Chyba wszyscy uczestniczący w premierowym pokazie właśnie pierwszej generacji iPod-a…
Ale przecież na przenośnych odtwarzaczach, komputerach stacjonarnych, laptopach, nowych odsłonach swojego systemu operacyjnego oraz całej gamie akcesoriów Apple nie mogło poprzestać. Tak w roku 2007 wkroczyło do strefy GSM wypuszczając na rynek nie co innego, a iPhone-a!
Zapowiadane przez Steve’a jako najlepszy telefon w dziejach, najlepsze urządzenie sieciowe w dziejach oraz najlepszy iPod też w dziejach, nowe dziecko jabłuszka oczywiście okazało się hitem.
I nie przeszkodziła mu w tym chociażby absencja wielu podstawowych (esencjalnych wręcz od lat!) opcji w telefonie. Nie przeszkodziły wysoka cena, mała ilość państw w których był dostępny oraz ogólnie nietypowa konstrukcja. Nic nie mogło przeszkodzić.
Biorąc pod uwagę iż sukces rodzi kolejne nadzieje, (czy wręcz oczekiwania) niemal równy rok później na rynek trafia iPhone 3G – czyli poprawiona oraz wzbogacona o kilka ważnych aspektów odgrzewanka poprzedniego gadżetu. Czym owo cudo jest? Po co jest? Dlaczego jest? I co najważniejsze, z czym kuźwa to się je?O tym w dalszych częściach.
Ale nie, to jeszcze nie koniec! Jeszcze kilka informacji.
Artykuł ten ma być czymś z pogranicza opisu a recenzji, co za tym idzie, będzie całkowicie subiektywny, oparty na moich własnych opiniach i ogólnie niepodważalny. (niepoważny?)
Składać się będzie z jeszcze trzech części:
- Pierwsza jaka się ukaże, traktować ma o sprawach sprzętowych. Omówię tam najpierw wykonanie zewnętrzne telefonu, jego wygląd oraz ergonomię, potem co siedzi wewnątrz, czyli bebechy zasilające tą zabawkę, no a na końcu wszystko co dostajemy z telefonem w zestawie.
- Druga część to wszystko o oprogramowaniu, najpierw od tej legalnej strony (czyli co zobaczymy w iPhoneOS), no a następnie z tej troszkę bardziej zbójeckiej (iPhoneOS po złamaniu – znaczy JailBreake-u).
- Trzecia część to ogólne rozważanie o przyszłości marki oraz podsumowanie.
I to by było chyba na tyle. Warto zauważyć iż nie jestem jakimś wybitnym specjalistą tak ze sfery telefonów komórkowych oraz smartfonów jak i marki Apple. Jak najbardziej nie jestem fachowcem od iPhone-a, a jedynie przeciętnym użytkownikiem. Co za tym idzie w tekście mogą wystąpić przypadkowo jakieś niezgodności, błędy czy niedomówienia (poprawiać mnie jak coś!), mogę też wiele rzeczy pominąć (zwracajcie uwagę…) czy opisywać pierdoły. Taki los.
No dobrze, póki co zachęcam do odwiedzania bloga oraz oczekiwania na kolejne części wpisu (pierwsza powinna ukazać się w przyszłym tygodniu – ‘powinna’ a nie ‘ukaże’!), no i oczywiście pozdrowienia dla wszystkich czytających. Papatki!
Zadziwiające…
Ostatnie paręnaście tygodni niefortunnie upływało mi pod znakiem mało ciekawych, acz niestety obowiązkowych zajęć. Te pochłaniały sporą część dostępnego mi czasu oraz sił. Co za tym idzie, nie odwiedzałem tegoż miejsca nieskromny okres czasu. W końcu jednak postanowiłem zobaczyć co się dzieje ze starym innuendem. I w tym momencie następuje jakże przyjemne zdziwko. Kto by pomyślał, że ilość unikalnych odwiedzin przekroczyła już trzydzieści tysięcy? I to podczas mej nieobecności! W związku z tym chyba trzeba zamieścić na stronie jakiś nowy, obszerny wpis (nie mowa o tym!). Trzeba wziąć się do roboty.
Warto wspomnieć, iż obecny stan rzeczy (znaczy; stała ilość odwiedzin) innuendo 39 zawdzięcza głównie wpisowi o telefonie LG KU990 Viewty – kto by pomyślał, iż kraj nadwiślański wyda tyle chętnych na tą koreańską zabaweczkę?
Co tu dużo mówić, poprzednik tegoż wpisu (którego kontynuację kiedyś obiecałem) okazał się najczęściej odwiedzanym wpisem mojego innuenda, zaliczając aktualnie coś koło jedenastu tysięcy unikatowych wyświetleń. Był również najczęściej komentowany, wzbudził największą dyskusję i ogólnie był „fpytę”. No tak, a biorąc pod uwagę żem człowiek komercyjny, postanowiłem w końcu stworzyć tenże „vol.2”. Aczkolwiek w lekko zmienionej formie. Co to znaczy? Otóż tym razem głównym celem wpisu jest przytoczenie ciekawych cytatów pochodzących od polityków (niekoniecznie z partii rządzących). Oczywiście parę filmików również zamieszczam – tak dla relaksu po jakże wielkim, intelektualnym wyzwaniu jakim jest czytanie tych wszystkich aforyzmów. Enjoy!
Na początek parę wypowiedzi jednej z największych legend Polskiej sceny politycznej. Teksty praktycznie już kultowe, często stosowane w czasie zwykłych, ‘okazjonalnych’ pogawędek. Słowa byłego prezydenta Lecha Wałęsy.
- „Jak geje i ludzie ich pokroju chcą sobie paradować, to niech sobie wybudują nową Warszawę. Te wybudowali ludzie biali i mają do niej prawo.” – Co by nie mówić, Wałęsa zawsze wiedział jak się ‘politycznie’ wypowiadać…
- „Jak Pan w ogóle śmie mnie atakować? Atakowanie mnie, myślenie źle o mnie jest zbrodnią!” – Kiedy to powiedział? Ot przy okazji przedstawienia mu dokumentów TW Bolka. Ładnie wybrnął z sytuacji, czyż nie?
- „Jestem za, a nawet przeciw.” – I ja również!
- „Miała być demokracja, a tu każdy wygaduje co chce!” – Jak oni śmią!?
- „No, czuje, dość dużo czuje – ale po francusku.” – Szczerze to tej wypowiedzi nie rozumiem…
- „No tak. Z panią Kaczyńską zatańczyć… Już jestem nagrzany.” – Z całym szacunkiem, chyba tylko Pan…
- „Zdrowie wasze w gardło nasze!” oraz oczywiście „Zdrowie nasze w gardła wasze!” – Akurat ten tekst często pada przy popijawach. Jest naprawdę kul.
- „… I wszystkie komputery Panu udowodnią, że Pan nie ma racji, a Pan mówi nie, bo nie. Mówię Panu święte słowa, a Pan moja krowa.” – Nie ma to jak debatowanie, oczywiście ze swoim konkurentem w walce o stołeczek. Szastając takimi wypowiedziami, jak mógł przegrać? No ja się pytam, JAK?!
Wypowiedź Lecha Wałęsy dla TVN24 – pijany?
Kazik: Wałęsa, dawaj moje 100 milionów!
Przejdźmy teraz do mojego ‘najulubieńszego’ politykiera trzeciej, czwartej i każdej późniejszej RP. Oczywiście Andrzeja Leppera, mojego bohatera!
- „Jestem normalnym mężczyzną, co prawda kobiety nie pchają się drzwiami i oknami, ale gdyby tak było, pewnie wykorzystałbym to.” – I ja się w sumie, wcale nie dziwię…
- „Na Leppera można wrzeszczeć, obrzucać go błotem i obelgami. Lepper jest chamem i można przypisywać mu cechy wszystkich zwyrodnialców tego świata. Hitlera, Mussoliniego, Goebbelsa, Miloszevicia. Na Leppera rzuciły się elity polityczne i ich media jak sfora wściekłych psów. Elity nienawidzą racji prostego człowieka, jego godności, pogardzają jego życiem bez nadziei. Ale Lepper nie jest sam. Takich Lepperów są dzisiaj już setki tysięcy, miliony.” – Boże ustrzeż.
- „Polityk taki jak ja musi dbać o dwie dziedziny: więziennictwo i szpitalnictwo. Prędzej czy później trafi w jedno z tych miejsc.” – Mhm…
- „Ja się na Hitlerze nie wzoruję, ale trzeba przyznać, że dał ludziom pracę.” – Ta wypowiedź jest akurat genialna. Jakże prawdziwa w swój brutalny, czy wręcz masakryczny sposobik.
- „Nie wiem. Nie chcę wypowiadać się kompetentnie.” – Też bym wolał nie.
- „Ja ze względu na mały czas czasu. Na mały czas, na krótki czas, który jeszcze został mi, nie powiem tego dokładnie.” – Ojejcia, filozofujemy czy cuś?
- „Jak się uderzy w stół, to nożyce się otworzą i to piwo co się wylało trzeba wypić.” – A jak!
I na koniec, jakże prawdziwe:
-„Polskę trzeba zlepperować!” – Ole!
The Lepper Show
Problemy z pamięcią
Skoro znalazło się miejsce dla byłego prezydenta RP, jakim to sposobem mógłbym nie poświęcić paru linijek i obecnemu. Panie, Panowie proszę wstać. Prezydent Lech Kaczyński mówi!
- „Historia nie potwierdza, że między wzrostem a umiejętnościami w polityce jest jakaś zależność.” – O rylly?
- „Jeszcze jedno pytanie, ale nie od tej małpy w czerwonym.” – Tutaj chyba nie trzeba komentarza?
- „Seks, nie twierdzę, że jest nieistotny, natomiast nie jest esencją życia.” – Takiej wypowiedzi spodziewałbym się bardziej od Jarka niż od Leszka…
- „Przyzwyczaiłem się do bycia Kaczorem.” – Hie Hie…
- „Który zawodnik najbardziej panu zaimponował panie prezydencie?
No, Roger Pereiro, ale także nasz bramkarz Artur Borubar” – Potwierdzam, ale warto podkreślić, że ich dobra kondycja to zasługa Leo Benchauera!
- „Spieprzaj, dziadu” – No już!
Lech Kaczyński najgorsze wyrazy współczucia…
O grze, o piłkarzach…
Nadszedł czas by dopuścić do głosu przedstawicielkę tzw. „płci pięknej”. W końcu wiele lat o to walczyły, i od paru (ilu?) tą możliwość posiadają – znaczy politykowania. Poniżej wypowiedzi Pani Renaty Beger.
- „Importowane zboże jest pełne odchodów szczurów, może wywoływać wiele chorób. Z tego ma się robić nasz chleb? Ci Niemcy myślą, że my jakieś świnie jesteśmy.” – Ale jak to? Nie, chyba nie… o nieee…
- „Kiedy patrzę w lustro mówię: “Renia, jesteś trochę za gruba, ale najważniejsze, że zdrowa”.” – Tak, bo w końcu zdrowie to podstawa!
- „Nie ściągać, bo tym, co to będą robić, będę musiała postawić ptaszka.” – …
- „Zabijanie zwierząt? Proszę bardzo! Przytyka się elektrody za uszy świni i po wszystkim. Sama to robiłam. Ściąganie racic, patroszenie, płukanie jelit? Nie miałam obrzydzenia, bo ja, proszę pani, nie jestem zakłamana.” – Och, co to, to nie.
- „Gdybym czuła się gwiazdą, byłabym w cyrku.” – Bez wątpienia.
- „Kolega twierdzi nawet, że mam kurwiki w oczach.” – Skoro tak twierdzi, cóż ja mu wierzę. Taki ze mnie typ, o!
W sumie to już legenda…
No i na zakończenie, kilka wypowiedzi szanownego Pana Jacka Kurskiego. Dlaczego? Ot bo tak.
- „A co do opowiadania bzdur, to nie opowiadałem żadnych bzdur bo akurat nie zajmuje się opowiadaniem bzdur” – Wierzymy, my naprawdę wierzymy.
- „Ależ skąd?! Przecież mój brat, Jarek, pracuje u was w “Wyborczej”! ” – Odpowiedź na pytanie dziennikarzy Gazety Wyborczej czy jest antysemitą, i chyba wszystko jasne?
- „Nie o takie Polskie walczyliśmy.” – Właśnie!
- „Raz, dwa, trzy, cztery, nie ma takiej rury na świecie, której nie można odetkać.” – Co racja, to racja miły Panie.
- „Z tym Wehrmachtem to lipa, ale jedziemy w to, bo ciemny lud to kupi.” – Ponoć to powiedział, ale sam zaprzecza. Komu uwierzymy Tomkowi czy Jackowi? No komu?
Bo wyjdę!
I to by było na tyle. Chyba ta skromna porcja cytacików oraz filmików zadowoli osoby, którym spodobał się poprzedni wpis. Przynajmniej mam taką nadzieję.
Warto podkreślić, iż wszystkie wypowiedzi na innuendzie są jedynie moją subiektywna opinią i w żadnym razie nie wyrażają ogólnych poglądów czy przekonań. A ewentualnych urażonych tym wpisem jak najbardziej przepraszam!
No i klauzula na zakończenie – nazwa wpisu wcale nie ma sugerować, iż persony, o których artykuł traktuje są właśnie tytułowymi tłumokami, debilami i tak dalej. To tylko tytuł, którego celem jest przyciąganie uwagi.
Napiszę nawet więcej, co niektóre osoby z tego wpisu darzę prawdziwym szacunkiem, i w żadnym razie nie uważam by którekolwiek z tych mian do owych osób pasowały – nie należy tak ich nazywać!
Ciekawe czasy nastały. Po części niepokojące, po części nastawiające pozytywnie. W pewnym ułamku i rewolucyjne. Tak, ciekawe… bez wątpienia!
Ot kryzys finansowy szaleje na świecie, dotykając coraz to bogatsze kraje naszego wspaniałego świata. A państwa te upominają się o wsparcie finansowe od tych biedniejszych (choć i to nie do końca). Jakiś absurd czy coś chyba…
No tak, a po za tym chyba pierwszy raz w historii (świata!) prezydentem CYWILIZOWANEGO państwa (w dodatku supermocarstwa) stał się człek o ciemniejszym zabarwieniu skóry. Tam Obama czy inna Alabama… Mniejsza. No a na poletku bardziej lokalnym, kończy się termin prawomocności ustawy emerytalnej, znaczy tej dotyczącej grup uprzywilejowanych. I mamy powstanie listopadowe (kolejne…), bo jakże to przywileje ktoś (ci pierdzieleni tramwajarze!) mógłby utracić. Jak to?
Heh… ale wiecie co? Szczerze mówiąc – gówno mnie to obchodzi! Nie. To za mało powiedziane. Choć może wystarczająco, acz zbyt mało dobitnie. To się poprawię. GÓWNO MNIE TO OBCHODZI! Tak chyba lepiej, nie?
Dlatego też nie będę rozprawiać o wyżej opisanych wydarzeniach (jak i o wielu innych, ciekawych ze świata czy Pol-landu), nie będę również ich komentować. Bo i po co, skoro mnie to <wstaw tutaj powyższy, podkreślony tekst>*. Nie, ja tam popiszę o… scenarzyście, co forsę wziął, a potem zaczął pić… a nie, to Budka Suflera o tym śpiewała. No to może coś innego. O! Wiem! Marakasy to fajny temat. Taka niby grzechotka, ale jednak coś innego. Ponoć rodzaju gruchawek, ale nie wiem, o co w tym biega. Za to gatunek jest ciekawy, zwany gatunkiem „idiofonów uderzanych”, nie wiedzieć czemu, ale kojarzy mi się to z telefonem dla idiotów w który trzeba na dodatek uderzać. Tak czy siak, fajnie coś takiego mieć – a przynajmniej tak mi się wydaje.
I tym pozytywnym akcentem chyba zakończę dzisiejszą wypowiedź… tak, właśnie tak zrobię.
Pozdrawiam jakże serdecznie i żarliwie, czy jakoś tak.
*Chciałem ograniczyć wulgarność, bo co?!
Tak, to są właśnie marakasy – gdyby ktoś nie wiedział. : P
Ostatnimi czasy wpadł w moje łapki nowy telefon. A że dawno o niczym nie pisałem, postanowiłem go zrecenzować. Proszę o wyrozumiałość – to moja pierwsza recka takiego urządzenia – może być trudno.
No to lećmy!
Czym jest LG KU990 Viewty?
Najprościej powiedziawszy – telefonem. Rozwijając troszkę odpowiedź, Viewty jest następcą już dosyć starej LG Prada, a zarazem teoretycznym konkurentem tak dla dotykowego iPhone’a od Appla, oraz fotograficznych Nokii (N95 chociażby) czy Sony Erricsonów (k850i powiedzmy). Jak wychodzi w zestawieniu z konkurencją? Co ciekawe wcale nie najgorzej, ale lećmy po kolei.
Stylowo i wygodnie.
Pierwsza rzecz, na którą zwracamy uwagę wybierając telefon to? Oczywiście wygląd. I na tym poletku LG naprawdę się spisało, pożerając wręcz wszelką konkurencję (no może prócz iPhone’a, z nim jest mniej/więcej na równi). Co dostajemy? Wcale nie tak gigantyczną (jakby się mogło wydawać) cegiełkę, wyposażoną w ogromny (jak na standardy komórek), trzy calowy wyświetlacz.
Oczywiście dotykowy – co za tym idzie, przedni panel posiada jedynie trzy przyciski (odebrać, odrzucić, kasować) i to wszystko! Wszystkie klawiatury, menusy (itd.) są w pełni wirtualne i wykorzystują dotykowe możliwości ekranu TFT.
Cały przód jest błyszczący, stylowy, piękny oraz strasznie widać na nim odciski palców, ale to właściwie norma przy takich zabawkach. Ot trzeba często przecierać.
Tył prezentuje się niczym niewielkich rozmiarów cyfrówka, co osobiście uważam za wielką zaletę i bardzo fajny patent. Kładąc go na ekranie nie zdziw się gdy ludzie będą go brac właśnie za zwykły aparat fotograficzny.
Lewy bok kryje na swojej powierzchni złącze (za zaślepką) służące do podłączania ładowarki, zestawu słuchawkowego (niestety zabrakło małego Jacka) czy kabla USB (brak mini-USB również).
Prawy natomiast to ’suwaczek’ od aparatu (tryb zdjęć, kręcenia filmów i galerii), przycisk do blokowania telefonu/włączania stabilizacji obrazu oraz większy przycisk do cykania fot.
Warto jeszcze wspomnieć o malutkim „oczku” z przodu (kamera VGA) oraz magnetycznym „pokrętle” przy obiektywie zdjęcia (Zoom cyfrowy oraz chodzenie po menu, kontrola głośności).
Obudowa gdzie nie jest szklana, jest aluminiowa, świetnie wykonana, naprawdę solidna. Wykonanie Viewty jest bez wątpienia bardzo mocną stroną telefonu. W moim odczuciu 9.5 w skali dziesiątkowej. (Byłoby dziesięć, gdyby nie to „pokrętełko” z tyłu, które jest mało wygodne w użytkowaniu i często prowadzi do pobrudzenia obiektywu)
Funkcjonalnie też…
Co by nie mówić, menusy nowego tworu LG są świetne. Bardzo intuicyjne, rozmyślnie zaplanowane, ładnie wyglądające. Może i brakuje im jakichś konkretnych bajerów graficznych, a i czasami oprogramowanie potrafi kuleć na szybkości działania. Ale ogólnie rzecz biorąc, jest nieźle.
Co do samej „dotykowości” wyświetlacza – nie jest tak czuły jak ten znany z iPhone’a, ale spisuje się naprawdę dobrze i nie tworzy żadnych problemów. Zachowuje precyzję i nie wymaga mocnego przyciskania do reakcji.
8/10
Ale i z możliwościami! Viewty jest telefonem, nie PDA! Warto podkreślić to już na początku, by uniknąć późniejszych rozczarowań. Tak, mamy tutaj oprogramowanie ‘własne’, oparte o Javę, nie Symbiana czy Windows Mobile. Dla jednych to minus (mobilne systemy posiadają wielką bibliotekę dodatkowego oprogramowania do zainstalowania), dla innych plus (Symbiany są strasznie “żółwie”, WM wcale nie lepsze).
Tak czy siak, nie zmienia to faktu, iż KU990 dalej posiada ogromny asortyment możliwości.
I tak, poczynając od świetnej Kamery 5Mpx (dokładniej o tym później) oraz dodatkowej VGA, z dołączonym oprogramowaniem do edytowania tak zdjęć jak i filmów, poprzez oczywiście opcję 3G (wideo rozmowy, HSDPA do 3,6 Mb/s), możliwość odtwarzania DiviX’ów (śmigają aż miło!), oczywiście odtwarzacza multimedialnego tak muzyki (mp3, Ogg, itd.) jak i innych formatów video (3G, MP4 etc.), no i dochodząc do radia, gier, aplikacji, wielu opcji związanych z google (bezpośrednie sprawdzanie maila czy wysyłanie filmików z telefonu na youtube – bloga!), otwierania plików *.pdf czy *.doc, nagrywania dźwięku (dyktafon oczywiście), wygodnych notatek (można je robić nawet pismem ręcznym!) no i jakże inaczej – standardowych opcji telefonu.
A żeby nie było, to dopiero cząstka ogólnego wachlarza ‘ficzerów’, jakie Viewty ma do zaoferowania.
Co jeszcze warto zauważyć, wszystkie je dostarcza na najwyższym poziomie (że chociażby wspomnę kalkulator czy kalendarz – są praktycznie wszedzie, ale w tak rozbudowanej i wygodnej formie jednak spotykamy je bardzo rzadko). Nie ma tu miejsca na uchybienia!
Dodatkowo telefon umożliwia łatwe edytowanie wyglądu interfejsu przez motywy (naprawdę wiele do pobrania w sieci) oraz metodami ręcznymi (podmiana animacji uruchamiania, zamykania, dzwonienia itp.).
Wspomnijmy jeszcze o bardzo wygodnej przeglądarce internetowej (java + flash, przeglądanie stron pionowo i poziomo, powiększanie i takie tam) oraz aż trzech możliwościach pisania wiadomości. (klawiatura numeryczna, QWERTY jak i pismo ręczne!)
Takim sposobem, ogólny wgląd na możliwości telefonu wypada bardzo pozytywnie. Racja, Symbian to, to nie jest, ale solidna 7/10 w tej materii jest jak najbardziej na miejscu.
Telefon fotograficzny?
Tak powiadają w reklamach, ulotkach, opisach. Czy to prawda? Cóż matryca z pięcioma milionami pixeli (5Mpx), obiektyw Schneider – Kreuznach , autofocus, 16x zoom cyfrowy, stabilizacja obrazu oraz lampa ksenonowa – taka specyfikacja świadczyłaby zazwyczaj jak najbardziej za odpowiedzią „tak”.
Niestety, tak zaraz różowo to nie jest. Nie zrozumcie mnie źle, aparat robi naprawdę świetne zdjęcia. Posiada multum ustawień, a przy właściwych fotografie są ostre, dokładne (ciepłe) kolorystycznie i ogólnie niczym z normalnej, „pełnowartościowej” cyfrówki. Tyle, że aparaty w telefonach zazwyczaj służą do uchwycenia chwili. Momentu, w którym nie mamy pod ręką normalnego aparatu oraz i czasu na zabawy z ustawieniami. I tutaj mamy zonk. Niestety zdjęcia robione na szybko, często wychodzą w moim odczuciu beznadziejnie. Stabilizacja obrazu potrafi dać totalnie tyłów robiąc bardzo rozmazane zdjęcie, ksenon błysnąć za mocno prześwietlając otoczenie, a automatyka dobrać złe ustawienia, co do kolorystyki – niszcząc bezlitośnie wszelki efekt. Oczywiście te fotki nadal w większości sytuacji będą znośne, ale nie na „znośne” liczymy kupując jeden z najbardziej „fotograficznych” telefonów na rynku.
Ale nie ma, co wieszać psów. Przy odpowiednich ustawieniach jest kapitalnie, i tego się trzymajmy. Dodatkowo Viewty jako jeden z niewielu telefonów posiada opcję „ISO-800” umożliwiającą robienie fotek w słabo oświetlonych miejscach. Oferuje również sporo filtrów (zdjęcia czarno-białe, w sepii, wytłoczenie itd.), oraz tryb lampy zaradzający efektowi czerwonych oczu. A i o czerwonej diodce wspomagającej stabilizację nie można zapomnieć.
Co natomiast tyczy się opcji Zoom – nie ma tutaj przybliżenia optycznego a jedynie cyfrowy, co za tym idzie, jest jak jest. Znaczy się, mniej więcej do trzykrotnego, maksymalnie czterokrotnego przybliżenia zdjęcia wychodzą jeszcze jakoś znośne i czytelne. Potem zaczyna robić się masło-maślane. I tak aż do momentu niemal całkowitej utraty jakiejkolwiek czytelności. Ale to norma przy cyfrowych Zoomach.
Dochodzimy takim sposobem do chyba najjaśniejszego elementu zabawki od LG. Mowa oczywiście o kamerze, która po prostu błyszczy. Rządzi i dzieli! Pozostawia konkurencję daleko w tyle … i tyle.
Dość powiedzieć, że kręci filmy bardzo ostre, wyraźne, płynne i ogólnie dobrze wyglądające. Dodatkowo została wyposażona w możliwość kręcenia w 120 klatkach na sekundę, dzięki czemu możemy uzyskać płynnie działające(nie klatkujące), spowolnione filmiki – efekt miecie!
Co ciekawe możemy je spowolnić już z menu telefonu, jak i dodać napisy, komentarz, czy ogólnie połączyć je z innymi, dodać zdjęcia.
O przedniej kamerce nie będę się rozpisywać – to zwykła, średniej jakości VGA (640×480) przeznaczona do wideo rozmów.
Reasumując, jako telefon fotograficzny Viewty oceniam na 8.5/10.
Multimedialność?
No tak, wspomniałem wyżej o multimedialnych możliwościach telefonu – chyba czas najwyższy trochę rozwinąć myśl. Oczywiście Viewty nie jest telefonem ani muzycznym, ani też filmowym – co nie zmienia faktu iż te opcje jak najbardziej posiada. Odtwarzacz muzyczny prezentuje bardzo miłą dla oka oprawę, daje możliwość tworzenia list muzycznych, odnajdywania utworów po wykonawcach, gatunkach itd. Ma również jedną wizualizację. Jest bardzo wygodny w obsłudze, i gra na naprawdę znośnym poziomie. Jeden mankament to brak equalizera – co prawda z tej właściwości (którą znajdziemy w pewnej części odtwarzaczy przenośnych) korzysta naprawdę mało osób, ale dla melomanów to zawsze gratka. A jej brak jest skandalem. Co do filmowości – KU990 trawi DivX’y. Tak to fakt. Co ciekawe całkiem sprawnie działają normalne, tzn. krążące po sieci filmy/seriale sformatowane pod oglądanie na komputerach czy kinach domowych. Aczkolwiek, czasami przy bardziej dynamicznych i co ważne, jaśniejszych scenach obraz potrafi troszkę przyklatkować. Ale czego tu oczekiwać? Oczywiście wszelkie inne formaty (Divx mobile, mp4, 3gp etc.) również są wspierane i śmigają pięknie. No a film odtwarzany na calutkiej powierzchni trzy calowego ekranika telefonu wygląda wręcz bosko, i tak panoramicznie.
Jeden mankament, jaki zauważyłem to brak możliwości przewijania filmów poprzez ‘przyciśnięcie’ (oczywiście na dotykowym ekraniku) danego momentu filmu na pasku przebiegu. Szkoda, tak trzeb trzymać naciśnięty (wirtualny oczywiście) przycisk przewijania i czeeekać… Viewty uruchamia również wszelką gamę plików graficznych (gify, JPEG, BMP etc.), co jasne; bez żadnego problemu i w zasadniczo dowolnej rozdzielczości. Daje do tego możliwość łatwej ich edycji (za pomocą oprogramowania do edycji zdjęć) poprzez nakładanie filtrów, przycinanie, dodawanie chmurek i tekstów czy i rysowanie na nich.
Ocena co do multimedialności to 9/10, bo w tej materii zabawka od LG naprawdę spisuje się świetnie!
Kończąc…
…wspomnę jeszcze o kilku sprawach. Po pierwsze, strasznie drażni „niezależny” rysik, którego nie możemy schować do telefonu. Musimy natomiast nosić w kieszeni bądź przywiązany do miejsca na smycz. Po drugie, wiele ludzi marudzi na wyświetlacz oferujący tylko 256tysięcy kolorów. Tak, może i N95 posiada 16milionów kolorów, ale co z tego skoro w porównaniu nie widać różnicy jakościowej? A wręcz i widać na korzyść Viewty operującego w wyższej rozdzielczości.
Zaskakuje żywotność baterii, jak na telefon z tak dużym wyświetlaczem, lekko wibrujący za każdym razem, gdy naciśniemy któryś z „wirtualnych przycisków” (oczywiście da się wyłączyć ten bajer), no i z lampą ksenonową – wręcz szokuje trzymając nawet i 3dni przy intensywnym użytkowaniu wszystkich opcji łącznie z robieniem zdjęć z ksenonem, graniem, używaniem jako dysku przenośnego, odtwarzacza etc.
Za to totalnym nieporozumieniem jest brak jakiejkolwiek osłonki na obiektyw aparatu – o czym oni myśleli?! No i oczywiście brak Wi-Fi – dostajemy jedynie Bluetooth, a co za tym idzie, możemy pożegnać się z darmowym Internetem przy hot-spotach…
Miłym natomiast plusikiem jest jeszcze całkiem znośny głośniczek, polifonia 64głosowa no i mnogość odtwarzanych formatów wszelakiego zastosowania. A i o czytniku kart Micro-SD nie należy zapominać. (na nowszych softach do 8GB!)
Co więc można powiedzieć o Viewty ? Cóż, LG wyciągnęło wiele wniosków po często besztanej Pradze – to fakt. Poprawiło wiele błędów – to również. Ale czy stworzyli telefon idealny? Z całą pewnością nie.
Co prawda widać, czy wręcz i czuć wielki nakład prac włożony w projekt telefonu oraz jego wykonanie. W poprawienie softu znanego jeszcze z Prady również. Zaskakuje tak nagłe i jakże dzielne wkroczenie do walk o prym w fotografii telefonicznej. Niestety zawodzą pewne ustępstwa, a w szczególności brak Wi-Fi.
Aczkolwiek jak za tą cenę (obecnie za 99zł w Play – abonament na 40zł!), jest to prawdopodobnie jeden z najlepszych telefonów na rynku, i z całego serca go polecam! Ja jestem jak najbardziej zadowolonym posiadaczem i nie planuję zmiany fona przez długi czas.
Pozdrawiam!
„Woodstock zaczyna się w pociągu” czy też „impreza/zabawa zaczyna się już w pociągu” – takie ot opinie krążą wkoło, wygłaszane przez osoby, co to Owsiakową imprezę odwiedziły, mają zamiar odwiedzić, bądź też tylko gdzieś zasłyszały. Osobiście muszę przyznać, iż w tym roku miałem niewątpliwą przyjemność wybrać się do Kostrzyna (tego nad Odrą, nie koło Poznania. ) i na własne oczy zobaczyć tą jedną z największych imprez muzycznych w kraju. A że sakwa mało obfita, i na transporcie trzeba było oszczędzić (miałem w końcu 606km do przemierzenia!). Takim sposobem wylądowałem z biletem za 40zł (w obie strony) na woodstockowy pociąg. Co za tym idzie, przytrafiła mi się niespotykana okazja, by wymienione na początku opinie zmierzyć z własnymi doświadczeniami.
Hurra! – pomyślałem, i wraz z grupką znajomych zaopatrzyliśmy się w niezbędne napoje wyskokowe.
No i cóż dalej? Ot zawód za zawodem drogi czytelniku. Pierwszym zapewne, był brak jakichkolwiek informacji (na dworcu Centralnym w Wawie!) co do peronu, na którym ma się zjawić pociąg. Co zaowocowało masami specyficznie wyglądających ludzi, błąkającymi się w tę i na zad, dopytującymi nawzajem. Zresztą, kij z tym! Znacznie gorsze było spóźnienie, które najpierw miało wynieść piętnaście minut, potem pół godziny, następnie i pięćdziesiąt minut, no i tak dalej… Ale w końcu powóz dojechał! Czy może raczej “doczłapał się”, ledwo zipiąc pod ciężarem już załadowanego tłumu. A kolejnych „chętnych” na peronie wcale nie brakowało. Było ich wręcz nad obficie…
I tutaj rozpoczęły się prawdziwe schody, gdy dzielne tabuny woodstockowiczów z centralnego cisnęły do i tak już pełnych przedziałów (nie to, że miejsca siedzące były zajęte! Cała podłoga była zajęta!). Ale nikt się nie poddawał, nikt nie rezygnował. Kogoś popchnięto, kogoś zdeptano. Nie było wyboru – to ostatni w końcu!
No i tak to jest, nasz wspaniały przewoźnik krajowy nie zważając w żadnym razie na ilość miejsc, jakie może zaoferować ich pociąg, sprzedawał kolejne bileciki za śmieszne sumki. Ot by zarobić więcej na jeleniach, spodziewających się jakkolwiek ludzkich warunków. A gdzież tam! W żadnym razie. Nawet pomijając fakt braku miejsca (w niektórych wagonach nie było gdzie stanąć…) , iż nie było gdzie ulokować bagaż, czy jak przejść. Jeszcze gorsze były te nieczynne „wychodki”, w co poniektórych wagonach. Czego skutkiem były ciągłe przemarsze kolejnych „w potrzebie” po głowach tych siedzących na ziemi. Aż dziw, że jedna toaleta może wystarczyć dla kilkudziesięciu żłopiących piwo ludzi. Co sprytniejsi blokowali drzwi w wagonie, dając możliwość wyzbycia nadmiaru moczu (opcja raczej dla tej brzydszej płci), choć potem i z tym był problem.
„Ej stary, ja już mam całe portki olane! Sorry ale nie…” – WTF?! I co tu powiedzieć takiemu człekowi, co to kilka ostatnich godzin poświęcał się blokując te przeklęte drzwi, a w zamian został jedynie olany (oczywiście niespecjalnie, ale zawsze) przez niezliczoną ilość osób?
No dobrze, na tym zakończę opis nieudolności organizacyjnej Polskich Kolei Państwowych. Podejrzewam, iż macie już pewne wyobrażenie tej niełatwej sytuacji pasażerów.
Aczkolwiek warto w tym momencie podkreślić, iż sam pomysł wprowadzenia specjalnego (taniego!) pociągu woodstockowego zasługuje na gromkie brawa. W końcu umożliwia on wielu ludziom dotarcie do Kostrzyna. Ludziom, których prawdopodobnie nie byłoby stać na jazdę autobusem czy normalnym pociągiem. I za to jestem wielkiemu PKP wdzięczny!
Tyle, że w przyszłości mogliby się choć troszkę bardziej postarać. Postarać o zapewnienie, co najmniej śladu godziwych warunków.
Ale nie jest zaraz tak, że pociąg na woodstock to całkowita porażka, i nieprzyjemna konieczność. Co to, to oczywiście nie!
Prawda jest taka, iż ową przejażdżkę wspominam bardzo ciepło, i uważam za jeden z najlepszych punktów całej wycieczki. A stoi za tym zwłaszcza atmosfera, panująca w wagonach. Bardzo przyjazna i przyjemna tworzona przez często specyficznych, ale jednak bardzo ciekawych, interesujących oraz miłych ludzi. Bo gdzie indziej zobaczysz dwa zwaśnione kluby sportowe, jednające się po bratersku? Gdzie każdy do kogo zagadasz, odpowie miłym tonem i nie spławi od konwersacji. Gdzie indziej w ciągu paru godzin poznasz kilkadziesiąt osób, z których to zapamiętasz może garstkę? No i na ostatek, gdzie indziej wypijesz kilka litrów piwa/wina/czystej a następnie na chwiejnych nogach zwrócisz to przez otwarte drzwi pędzącego pociągu mając zaraz za sobą kilkanaście ściśniętych osób?
W związku, iż dnia wczorajszego wakacje oficjalnie dobiegły końca, a wraz z końcem dnia dzisiejszego oficjalnie rozpocznie się rok szkolny (tak, ta niedziela to takie „ni wakacje ni rok szkolny”, to takie coś pomiędzy powiedzmy) w tejże chwili postanowiłem przedstawić gronu szerszemu, wytypowany w zacnym gronie hit lata/wakacji roku pańskiego dwa tysiące i siedem. Oto przed wami El Mundo i Chacarron!
Nie muszę chyba wyjaśniać czemuż ten genialny utwór zwyciężył? Wspomnę tylko, iż szanowne grono jury zostało urzeczone głębią jego tekstu oraz charyzmą wykonawcy.
Pozdrawiam
To pytanie zawsze zaprzątało me myśli, a ja tak naprawdę nigdy nie udzieliłem sobie na nie jednoznacznej odpowiedzi. Choć zazwyczaj bardziej skłaniałem się w stronę tej negatywnej.
Aczkolwiek wcale nie świadczy to, iż posiadam na temat naszych zachodnich sąsiadów jakąś „ekstremalną” wizję, ja po prostu odkąd ma pamięć sięga, darzę ich nie lada niechęcią, i to się prawdopodobnie już nigdy nie zmieni, a wpływa na mój osąd w wiadomy sposób…
W każdym bądź razie, tak naprawdę nie mi odpowiadać na to pytanie, a każdy zapewne ma swoje zdanie na ten temat. Zostawiając sprawę ogółu niemieckiego, muszę jednak wspomnieć, iż jako gracz, od dłuższego czasu uznawałem rząd naszych sąsiadów zza Odry za nie do końca „Teges”, czemu? Otóż z powodu kompletnego przeczulenia w sprawie brutalnych gier, których duża część do sklepów w Niemczech w ogóle nie trafia, bądź trafia w znacznie zmienionej formie. Ot tak, działania anty growe władz ustawodawczych tego kraju uznawałem za głupotę. No i pewnie nadal bym tak uważał gdyby nie poniższy filmik, do którego obejrzenia serdecznie zapraszam!
Widząc takie rzeczy naprawdę zakazy i restrykcje związane z rozrywką komputerową oraz video wydają się w pełni uzasadnione. Mówiąc wprost, chrońmy Niemców przed grami!
Na końcu podkreślę, to nie jest zabawne, to jest przykre!